Startupy to nie są firmy robione tanio

Jednym z największych mitów startupowych charakterystycznych szczególnie dla Polski jest przekonanie, że innowacyjny biznes technologiczny (ok używajmy znienawidzonej przeze mnie nazwy startup), to biznes robiony tanio. Lubię przesadzać więc i tym razem oddam się tej słabości, wielu inwestorów - szczególnie w Polsce - uważa, że startup to taka firma, która tym się rożni od tradycyjnej, że można ją zrobić „partyzancko” - tak za „pół ceny”.
Do tego wszystkiego dochodzi idiotyczne interpretowanie metodologi „lean” jako sposobu na mniejsze wydatki.

Efekt jest taki, że jako rynek mamy ogromny problem z budowaniem dużych biznesów (mówiłem o tym m.in. na ostatnim InfoShare: „Why we fail to scale”). Pomimo sporych pieniędzy pompowanych w rynek (głównie seedowych), trudno znaleźć przykłady firm, którym udało się osiągnąć kapitalizację większą niż 100 mln złotych, którą uznałbym za polskiego „unicorna”.

Pozwólcie więc że zdemitologizuję te niskie koszty budowy startupu pomieszane z powierzchownym rozumieniem metodologii „lean startup”. Jestemy na samym początku działania firmy. Celem etapu seed jest znalezienie dopasowanie produktu do rynku. To moment, w którym firma powinna zrobić wszystko aby utrzymać się jak najdłużej na powierzchni czyli de facto dać sobie szansę na przeprowadzenie jak największej liczby eksperymentów - prowadzących do znalezienia owego mitycznego product/market fit. Rzeczywiście na tym etapie eksperymenty powinny odbywać się na małych budżetach, bo kluczem jest wykonanie ich jak najwięcej. Czy to oznacza, że na eksperymenty mamy wydac mało? Nie, mamy wydać efektywnie. Celem jest wiedza a nie taniość.
Powyższe, głupkowate rozumienie „leana” to jedno a kwestia podejścia do kosztów osobowych to drugie. Przyjęło się założenie, że startup jest prowadzony przez niedoświadczonych managerów, którzy powinni pracować za pieniądze wielokrotnie mniejsze, niż te oferowane na porównywalnych stanowiskach w firmach o ugruntowanej pozycji. Mogę zrozumieć kiedy taka rzeczy dotyczy głównego udziałowca / foundera, który w ten sposób de facto lewaruje ryzyko inwestora finansowego.Nie mogę jednak zupełnie rozumieć podejścia stojącego za chęcią zatrudnienia dyrektora sprzedaży (na przykład segment enterprise) za stawką znacząco niższą od tej, która daje mu mityczne „korpo”. Przecież to startup słyszę. No i co z tego? 
Jeżeli budujemy firmę, która ma naruszać interesy dużych graczy, z ludźmi którzy są za słabi aby u tych graczy znaleźć pracę, to z góry skazujemy się niepowodzenie. 
Nie chcę odwoływać się do owych mitycznych „amerykańskich inwestorów”, którzy są trochę jak memowi „amerykańscy naukowcy” ale zobaczcie, kogo i za ile zatrudnia firma, która dostaje pierwszy etap finansowanie venture, czyli tak zwaną rundę A. Zatrudnia najlepszych pracowników na jakich może sobie pozwolić. Często z praktyką u gigantów, liderów rynku (to zresztą jeden powodów, dla których wartości rund w USA tak rosną - podaż odpowiednich kandydatów jest zbyt niska). 
Proszę zapomnijcie, że startupy robi się tanio. Startupy robi się mądrze a to oznacza, że w odpowiednim momencie dostarcza się im kapitał odpowiedni do osiągnięcia skali.